Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampiry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampiry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 marca 2016

Czarna róża

Rozdział VI

Czułam się tak, jakby wybudzano mnie z trzymiesięcznej śpiączki. Moje ciało było zwiotczałe i bardzo osłabione. Nawet najmniejszy ruch klatki piersiowej sprawiał mi ból, lecz plusem było to, że nie miałam skrępowanych rąk ani nóg. 
Żyłam i to się dla mnie liczyło.
Starałam się pozostać w bezruchu, gdyż ostatnim razem, kiedy chciałam działać na własny rachunek, mając nadzieję, że pokonam mojego oprawcę, nie wyszło mi to na dobre, dlatego nasłuchiwałam,
czy ktoś mnie pilnuje. Otaczająca mnie cisza, na chwilę ukoiła moje zszargane nerwy 
i pozwoliła zastanowić się nad tym, jak się z tego wyplątać.
Niestety jednak, żaden rozsądny plan ucieczki nie przychodził mi do głowy, a mój stan fizyczny jeszcze bardziej pogarszał sytuację. Nadal pozostawałam w miejscu, a każda cenna minuta spokoju była dla minie na wagę złota. Nie znałam mojego położenia ani nie wiedziałam, do czego jestem potrzebna moim oprawcom, ale jednego byłam pewna...nie poddam się bez walki, jednak na samą myśl 
o mężczyznach przeszedł mnie zimny dreszcz. Byli przerażający, a zwłaszcza jeden z nich, o lodowym spojrzeniu. Wspomnienie, o tych pełnych okrucieństwa i bezwzględności oczach, napawało mnie strachem, jednak czaiło się w nich coś jeszcze, coś, czego nie potrafiłam zinterpretować. Iskierka uczuć, która nadawała mu ciepłego blasku w tej chłodnej oprawie.
Po kilku minutach postanowiłam zaryzykować i ukradkiem zerknąć, gdzie dokładnie byłam przetrzymywana. Znajdowałam się we wnętrzu eleganckiej i subtelnie urządzonej sypialni, w której dominowały wpływy z północnych stron. Na ścianach widniał wyrazisty odcień szarości pomieszanej z bielą, który tworzył klimat i wdzięcznie eksponował brązowe dodatki na swoim tle. Drewniana, ciemna podłoga stanowiła kontrast pomiędzy dużymi, śnieżnymi oknami, zza których rozpościerał się widok na dziki, nieznany mi dotąd las, którego koniec wieńczyło prywatne wybrzeże. Masywny kominek, w którym leżało nierozpalone drewno zajmował dużą część sypialni, a przerobione, stare, drewniane meble, narożna biblioteczka oraz toaletka, rozświetlały ponurą część pokoju, która kryła za sobą jakąś historię domu.
Leżałam nieruchomo w wielkim, wygodnym łóżku, delikatnie muskając, satynową, biała kołdrę i podziwiałam, ujmujące czarem wnętrza, kiedy usłyszałam przekręcający się kluczyk w potężnych drzwiach od mojego pokoju. Nie zastanawiając się ani sekundy dłużej, prędko przymknęłam oczy i nasłuchiwałam jakiegokolwiek dźwięku. 
Powoli, niebywale cicho, ktoś wszedł do sypialni. Drzwi zostały zamknięte, a tajemnicza postać nadal się nie poruszała...a przynajmniej tak mi się zdawało. Poczułam lekkie ugięcie się łóżka i zapach piżmowych, męskich perfum. Pod wpływem ruchu materaca na twarz osunął mi się kosmyk włosów, który nieznana postać delikatnie założyła za ucho. Moje serce w tamtym momencie biło jak szalone, a sparaliżowane ciało napawało mnie jeszcze większym przerażeniem. Nie miałam pojęcia co robić, świadomość, że ktoś znajdował się blisko mnie powodowała, że pragnęłam jak najszybciej się odsunąć. 
Nie byłam pewna, kim bądź czym byli moi oprawcy. Ich absurdalna rozmowa o gatunku ludzkim powodowała, że miałam kompletny mętlik w głowie. W jednej chwili powróciły do mnie wspomnienia z tamtej nocy, kiedy kolor oczu mężczyzny z czerwonego zmienił się na zielony. Do tej pory nie mogłam zrozumieć, jak to było możliwe.

- Słyszę bicie twojego serca, kochanie, wiem, że nie śpisz... - szepnął mężczyzna, a jego zimne palce powoli wodziły po mojej szyi, lecz nadal pozostawałam w bezruchu.- otwórz proszę swoje przerażone oczka, chyba chciałabyś przekonać się z kim masz do czynienia, prawda? - zakpił.

Pomimo moich najszczerszych zamiarów nie mogłam się oprzeć i uchyliłam powieki, wpatrując się wprost w jasne, lazurowe oczy, których barwa przypominała nieoszlifowany diament. Nie miałam żadnej kontroli nad moim ciałem, zawładnęło mną nieznane mi dotąd uczucie, nie mogłam się go wyzbyć, dopóki mężczyzna nie odwrócił wzroku. 
Niebezpieczny blask w jego oczach zniewalał mój umysł, byłam bezbronna.

- Od razu lepiej - rzekł, głębokim, chrapliwym głosem, wstając z łóżka, dzięki czemu mogłam mu się przyjrzeć.

Błękitnooki w świetle dnia wyglądał jeszcze bardziej władczo. Poruszał się po pokoju niczym drapieżny zwierz, był zwinny, wysoki i efektownie umięśniony, z pewnością musiał mieć wiele adoratorek. Jego egzotyczna uroda przyciągała uwagę. Mocno zarysowane kości policzkowe oraz podbródek, wydatne usta, przystrzyżone kruczoczarne włosy, śniada cera i wysportowana sylwetka były pożądanymi cechami, które mogłyby zawrócić kobiecie w głowie, jednak dla mnie, był on jedynie nieprzeniknionym przestępcą.
Pewność siebie, wyrażał niemal w każdym swoim kroku, cechowała go jakaś niepojęta siła, stał nieopodal łóżka niczym monstrum. Było w nim coś demonicznego, tajemniczego, a jednocześnie kuszącego, niczym zakazany owoc. Emanowała z niego władczość i stanowczość, to on wydawał polecenia i oczekiwał bezwzględnego posłuszeństwa. 
Mroczny rycerz w czarnej zbroi, można by rzec.
Pomimo wszelkich obaw postanowiłam jednak wyłożyć karty na stół i wszystko wyjaśnić, lecz wpierw wolałam zorientować się, gdzie obecnie się znajdowałam i jak dalej potoczą się moje losy.
Nagle moje dziennikarskie trybiki wróciły na swoje miejsce i zaczęłam myśleć strategicznie. Musiałam od niego wyciągnąć jak najwięcej informacji, gdyż nie wiedziałam, ile czasu będzie mi dane, nim ostatecznie się ze mną rozprawią. Wyglądał na twardego przeciwnika, lecz gdyby udałoby mi się go odpowiednio podejść, przy odrobinie szczęścia miałabym już jakiś punkt zaczepienia, więc od razu przystąpiłam do działania:

- Gdzie ja jestem? - zapytałam buntowniczo, nie tracąc postawy przerażonej ofiary.

- W moim domu - odparł wymijająco, podchodząc do jednego z okien. 
Nie dał się przechytrzyć tak łatwo. Jego demoniczna postawa w zestawieniu z wyglądem budziła niepewność i postrach, lecz nie traciłam wiary. Musiałam wyczekać odpowiedni moment, nie mogłam działać pochopnie. Liczyłam na to, że w miarę czasu czujność mojego oprawcy zacznie podupadać, a wtedy mogłabym poprowadzić tę rozmowę po mojej myśli.

-Czego ode mnie chcecie? - zapytałam cicho.

- Muszę przyznać, że zdziwiło mnie, kiedy ponownie zaczęto węszyć i sprawdzać moich ludzi. - odparł nie udzielając mi odpowiedzi, uśmiechając się szyderczo. 
- Dawno temu daliśmy Wam, gatunkowi ludzkiemu, jasno do zrozumienia, żeby trzymać się od nas z daleka, lecz niestety, zawsze musi się trafić jakiś wyjątkowy śmiałek, który chciałby zaburzyć pewną, zachowaną hierarchię, o której władze miasta są doskonale powiadomione - zamyślił się przez chwilę, przyglądając się widokowi za oknem.
- Tym razem padło na Ciebie, kochanie - spojrzał na mnie i postawił dwa kroki w moim kierunku. - Co taka zdolna i rezolutna dziennikarka zamierzała osiągnąć, podejmując się sprawy, która z góry była skazana na katastrofę? Przecież to niedopuszczalne, aby brudzić sobie ręce w tak krwawej i nieprzyjemnej sprawie - zakończył wypowiedź, czekając na moją reakcję.

Powoli przetwarzałam słowa wypowiedziane przez mężczyznę.
 Ewidentnie należał on do jakieś sekty bądź mafii. Najbardziej jednak przerażało mnie to, że władze Montown były świadome, że w ich mieście żyją przestępcy i nic z tym nie zrobiły...nawet nie próbowały! Wolały siedzieć cicho i nie narażać się, a życie mieszkańców nie miało dla nich znaczenia! 
I ta hierarchia...nie wiedziałam, co o tym myśleć. Miałam wrażenie, że mężczyzna wie na mój temat dosłownie wszystko. To śledztwo miało mi pomóc wypłynąć na szerokie wody, a okazało się być moją zgubą, za którą mogłabym przypłacić życiem! 
Milczenie przedłużało się niemiłosiernie, a mój oprawca wciąż cierpliwie czekał na odpowiedź, przyglądając mi się kpiąco.
Na to spojrzenie zaschło mi w ustach i ścisnęło mnie w żołądku... zwyczajnie bałam się.

<<W co ja się wpakowałam?>>

Owładnęło mną poczucie jeszcze większego strachu, niestworzone myśli błądziły po mojej głowie, gdzieś w podświadomości czułam, że los przygotował dla mnie coś znacznie gorszego.

- Hmm... widzę, że chyba nie uda mi się wykrztusić z Ciebie odpowiedzi, kochanie - rzekł po chwili, uśmiechając się okrutnie. - Może, kiedy dowiesz się z kim masz do czynienia, zaczniesz mówić- odrzekł chrapliwym głosem i nim się spostrzegałam z szybkością błyskawicy znalazł się przy moim łóżku i złapał mnie z ogromną siłą za szyję. 
Z mojego gardła wydobył się przerażający krzyk! 
Miałam przed sobą twarz rozwścieczonego demona! Oczy mężczyzny w jednym momencie przyjęły przerażający, upiorny, krwisto-czerwony kolor, a na ustach gościł okrutny, głodny, drapieżny uśmiech. Miałam wrażenie jakby wszystko działo się w spowolnionym tempie, kiedy  z ociąganiem wpił swoje kły w moją tętnicę. Rozdzierający ból przeszył całe moje ciało. Wygięłam się w łuk, a oczy zaszły mi mgłą. 
Torturom nie było końca! 
Czułam, jak krew powoli sączyła się z rany, a mężczyzna kusząco, ociężale ją zlizywał, aby potem jeszcze raz z większym okrucieństwem zatopić swoje zęby w mojej szyi. 
W pewnym momencie straciłam poczucie czasu, moje struny głosowe były zdarte od ciągłego wołania o pomoc, przez co cicho pochlipywałam. Już wiedziałam kim był...chociaż nie mogłam tego przyjąć do wiadomości. Wampiry... brzmiało to niczym tandetny film fantastyczny, będący wymysłem czyjejś chorej fascynacji, a ja tymczasem odgrywałam w nim główną rolę, chociaż bardzo nie chciałam.
Po jakiejś godzinie mężczyzna nasycił swoje pragnienie i oderwał się ode mnie, przysparzając mnie o nową dawkę bólu. Obserwowałam go z wpółprzymkniętych powiek, byłam tak wyczerpana, że nie mogłam wykonać najmniejszego ruchu. Stał nade mną, oblizując kły, a jego oczy były pochłonięte czarną głębią od buzujących w nim emocji.

- Następnym razem nie będę taki delikatny, kruszynko- odparł i zniknął mi z oczu, zamykając za sobą drzwi.

Nic się już dla mnie nie liczyło, nie przeżyłabym drugiego razu, chciałam odejść w spokoju, nie było dla mnie ratunku. Straciłam najmniejsze nadzieje. Niedługo później zapadłam w sen, mając przed sobą obraz diamentowych oczu...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
BANG!
Nie wiem, czy ktoś z Was jeszcze tu zagląda, lecz dla tych nielicznych powracam z kolejnym rozdziałem. Tęskniłam za pisaniem, lecz nadal nie mogę w pełni do niego powrócić nad czym bardzo ubolewam. Liczę na to, że ten stresujący czas, który nieuchronnie się zbliża przeminie szybko, abym mogła na nowo poddać się mojej pasji. Jeśli mi się uda będę co miesiąc wstawiała jeden rozdział, ale nie obiecuję. 
Piszcie, co sądzicie! Akcja powoli nabiera tempa, ale to dopiero początek. :D
Mam nadzieję, że niedługo ponownie wpadnę z nowym rozdziałem.
Trzymajcie się ciepło,
K@te! :-*

niedziela, 10 maja 2015

Czarna róża.

Rozdział II

Czarno- biały obrazek, przedstawiający niewyraźne rysy ospałego, dopiero co, budzącego się do życia miasta, powoli przyjmował pełną paletę żywych, ciepłych kolorów, oddając tym samym wyjątkowość oraz magię okolic Montown. Najbardziej intrygującym elementem porannego, miejskiego krajobrazu były rozlewające się, jakby siecią strumyczków alejki, biegnące nieskończenie w głąb miasta, które w ciągu tygodnia zapełniały się, pośpieszającymi wraz z pierwszymi promykami słońca do pracy ludźmi. Z każdą minutą osowiałe, zmęczone miasto zaczynało być postrzegane w coraz większym ruchu, przedstawiając zaangażowanych w codzienne czynności mieszkańców miasta. Jednak nawet czasowy wymiar jego przestrzeni nie przysłonił ukazanego w dynamice oddziaływania środowiska przyrodniczego. Dominująca zieleń trawników i porastające je drzewa, widniejące w oddali pola oraz pastwiska rozrzucone z rzadka po całej okolicy tak, iż ze wzniesienia sprawiały wrażenie kostek rozsypanych na zielonej planszy, śpiew ptaków i świeżość powietrza, pachnącego dojrzewającą trawą przy pewnej dozie fantazji dawało poczucie, że tereny Montown znajdowały się w przyjemnej, zielonej wioseczce, a nie w wielkim mieście tonącym w mgle spalin.
Najbardziej tętniącym miejskim życiem miejscem był położony w centrum miasta wiejski ryneczek, który o świcie zaludniał się ruchliwymi figurami ludzi, którzy wpatrywali okupione wielką pracą plony na zdrowe, pożywne śniadanie, umilając sobie czas pogawędkami i wspólnymi przemyśleniami. Spokój i harmonia sielankowego krajobrazu zawsze wywoływały u mnie wspomnienia, które nierozerwalnie, kojarzyły mi się dzieciństwem.
Kiedy opuściłam swoją kawalerkę skierowałam się w stronę pobliskiego parkingu, gdzie pozostawiłam swoje cudeńko na czterech kołach. Pamiętam jakby to było wczoraj, kiedy na swoje osiemnaste urodziny po zdaniu prawa jazdy dostałam w spadku po moich zmarłych już rodzicach moje auto z dzieciństwa- czerwone Ferrari 250 GTO z 1961 roku. Będąc jeszcze dzieckiem mój tata zaszczepił we mnie miłość do aut o starych datach i do tej pory ta fascynacja we mnie pozostała. Kochałam ten samochód. Pasował do mnie nie tylko ze względu na to, że był koloru mojej szminki, ale także w pewien sposób również wyrażał moją osobowość. Agresywne rysy, wyrazisty kolor oraz drapieżny wygląd nadawał pojazdowi, a także jego właścicielce animuszu, elegancji, ale również pazura. Gdy włożyłam kluczyk do stacyjki, jakby na zawołanie uderzyła we mnie fala adrenaliny i nim się obejrzałam już gnałam do wydawnictwa, gwałtownie zmieniając co chwile skrzynię biegów. Mijane przeze mnie okolice zlewały się w jedność, pozwalając gdzieniegdzie dostrzec podobne do siebie domki z jaśniejący małymi okienkami, które z daleka sprawiały wrażenie, śmiejących się do podróżnego, oczek. Każdy z nich posiadał niemal identyczny, tradycyjny płot, ograniczający niewielkie podwórze z przodu domu, z tyłu zaś zazwyczaj stały gospodarskie budynki, za którymi rozciągał się ogromny ogród zakończony sadem. Rozległą przestrzeń pomiędzy budowlami wypełniały liczne łąki, pola oraz pastwiska. W zależności od rodzaju uprawy mieniły się rozmaitymi barwami jaśniejących, złotych kłosów zboża, zielonych sadzonek ziemniaków, czy posrebrzanym żytem. Soczysta zieleń rozległych łąk zachęcała do pozbycia się obuwia i spaceru po miękkiej, wilgotnej z rana, trawie, która była również doskonałym miejscem do opalania się lub po prostu słodkiego wylegiwania na pachnącym „dywanie”, z którego można było kontemplować błękit czystego nieba. Mimo tego, że mijałam ten krajobraz prawie codziennie za każdym razem zachwycał mnie on swoją niepowtarzalną przyrodą i zjawiskowymi widokami. Pokonanie drogi do pracy zajęło mi, dzięki mojej czerwonej, dzikiej maszynie niespełna pół godziny, więc w redakcji miałam możliwość zjedzenia pożądanego śniadania. Kiedy upewniłam się, po raz dziesiąty, że zamknęłam swój najdroższy skarb na klucz zwróciłam się w główne wejście wydawnictwa i poszłam w kierunku kuchni, spotykając po drodze moją koleżankę z pracy- Amandę.

- Cześć kochana!- przywitała się.

- Cześć Amando, nie spodziewałam się, że spotkam Ciebie o tej porze w wydawnictwie- przyznałam.- Coś się stało, że nie lecisz na łeb na szyję, aby nie spóźnić się do roboty?- zapytałam, na co moją koleżanka troszeczkę się zezłościła.

- H-a-h-a, ależ się uśmiałam- zirytowała się- Zawsze musisz być taka złośliwa, Clarisso?- zapytała, specjalnie wymawiając moje pełne imię, delikatnie mrużąc oczy ze złości.

- Taki mam charakterek, po tacie- przyznałam uśmiechnięta- No, ale już, widocznie chyba musiało się stać coś naprawdę wyjątkowego, skoro Cię widzę, więc opowiadaj- rzekłam rozbawiona, po czym razem z Amandą weszłyśmy do kuchni, a ja zaczęłam sobie przygotowywać śniadanie.

- Od rana całe wydawnictwo huczy od plotek na Twój temat- odparła tajemniczo, powodując, że troszeczkę się zlękłam. 

Co prawda nigdy nie przejmowałam się tym, co inni ludzie o mnie mówią, lecz jeśli chodziło o moją pracę oraz reputację wschodzącej dziennikarki śledczej wolałam znać nawet te najgorsze ploteczki i zdania odnośnie mojej osoby.

- Podobno od rana poszukuje Cię szef, bo pilnie musi z Tobą porozmawiać. Wszyscy doszukują się w tym jakiś podtekstów i stąd te plotki, także nie zdziw się, kiedy nagle zostaniesz wezwana na dywanik- rzekła- Nie przeskrobałaś ostatnio może czegoś? Albo nie oddałaś artykułu na czas?- zapytała popijając swoją kawę.

- Nie i właśnie to mnie najbardziej zastanawia. Ostatnią pracę miałam dostarczyć dzisiaj i wysłałam Burnerowi na skrzynkę odbiorczą.

- Aaa, to pewnie dlatego- powiedziała Amanda.

- Co dlaczego?

- Pewnie nie doszło i dlatego Cię poszukuje. Wiesz jaki on jest jeśli chodzi o terminy, żadne tłumaczenia do niego nie trafiają. Możesz się przygotować na długi wykładzik na temat punktualności i pewnie odsunie Cię na jakiś miesiąc od kilku śledztw, w których można by było trochę pomyszkować. Wiem to, bo sama wiele razy to przerabiałam, także masz koleżankę po fachu- dodała beznamiętnie.

- To żeś mnie pocieszyła Amanda, nie ma co, po prostu nadajesz się na psychoterapeutę, aby jeszcze bardziej pogłębiać u ludzi depresję- odparłam ironicznie.
- Mówię Ci jak jest, żebyś później się nie zamartwiała, że tylko Tobie zdarzyła się taka wtopa- powiedziała lekko urażona.

- Eh... przepraszam, masz rację- rzekłam- Po prostu pierwszy raz znajduję się w takiej sytuacji i nie wiem, jak mam się zachować- przyznałam ze skruchą.

- Rozumiem i nie masz mnie za co przepraszać- dodała współczująco i na tym nasza rozmowa się zakończyła, gdyż do pomieszczenia weszła sekretarka szefa i poprosiła mnie do gabinetu Burnera. 

Amanda na pożegnanie niemo wypowiedziała do mnie słowa: "Trzymaj się", a następnie ruszyłam wprost do jamy bestii, czyli mojego szefa. Po cichutku liczyłam na to, że sekretarka mnie nie opuści i wejdzie ze mną do pokoju, w którym urzędował szef, ale jednak się przeliczyłam, gdyż przed samym drzwiami zostawiła mnie na pastwę losu i wróciła do swoich ćwierkających już od ploteczek koleżanek. Niepewnie zapukałam do drzwi, po czym usłyszałam basowe, głębokie "proszę" i weszłam do środka pomieszczenia. Mój pracodawca siedział do mnie tyłem, więc nie wiedział, że przyszła do niego poszukiwana od rana osoba, aby przerwać tą niezręczną ciszę zebrałam w sobie ostatnie resztki pewności siebie i wypowiedziałam skryte " Dzień dobry". Szef na te słowa momentalnie się odwrócił, a ja ujrzałam na jego ustach uśmiech. Nie sądziłam, że za brak kompetencji zastanę taki właśnie widok, lecz wciąż cierpliwe czekałam ma dalszy rozwój zdarzeń.

- Dzień dobry, pani Clarisso!- powitał mnie radosny głos pana Burnera- Niech pani spocznie- wskazał na stojące przede mną krzesło, po czym wykonałam jego polecenie.
- Pewnie zastanawia się pani, z jakiej przyczyny wylądowała pani u mnie na dywaniku prawda?- zapytał uśmiechnięty.

- Tak, nie ukrywam, że tak- odparłam zmieszana.

- Ostatnimi czasy powierzyłem pani dość intrygujące śledztwo, z którego przyznam się szczerze nie sądziłem, żeby pani się wywiązała. Nie wiedziałem jednak, że pracuje u mnie tak zdolna, a na dodatek bardzo urodziwa dziennikarka. Jestem niezmiernie zachwycony pani artykułem i postanowiłem, że nie mogę pozostawić takiego talentu bez jakiegoś wynagrodzenia. Jak pani dobrze wiadomo, pani Clarisso w mojej redakcji panują dość surowe przepisy, których kurczowo się trzymam, lecz w tym wypadku muszę zrobić wyjątek i jakoś wyróżnić ten nieoszlifowany diament, który pani posiada. Zdecydowałem, że kolejne śledztwo, będzie w pełni podlegało pani wyborowi. Daję pani dokładny tydzień na podjęcie decyzji odnośnie śledztwa, do którego chce pani przystąpić. Jest to z mojej strony bardzo duże wynagrodzenie, ponieważ wie pani doskonale, że sam dobieram sprawy do poszczególnych dziennikarzy, a tymczasem ma pani wolną rękę-zakończył swoją wypowiedź.

- Panie Burner, naprawdę nie wiem co powiedzieć- rzekłam nadal nie dowierzając, co przed chwilą usłyszałam.

- Wystarczy tylko mnie zapewnić, że następny artykuł będzie równie świetnie napisany jak poprzedni i nic więcej mi nie potrzeba pani Clarisso- odrzekł mój rozbawiony pracodawca.

- Dołożę wszelkich starań, aby tak było! Będzie pan zadowolony! Obiecuję!- krzyknęłam uradowana, na co mój szef dźwięczne się zaśmiał.

- Dobrze, dobrze będę panią trzymał za słowo, a tymczasem ma pani dzisiaj wolne.

- Nie zawiedzie się pan, obiecuję- rzekłam na pożegnanie i wyszłam z gabinetu szefa.

Nie czekając ani chwili dłużej cała w skowronkach pobiegłam do Amandy, aby obwieść jej tą wspaniałą wiadomość. Tak, jak myślałam zastałam ją w kuchni, robiącą sobie kolejną z rzędu kawę, od której uzależniłam się właśnie przez nią.

- Amanda!- krzyknęłam na całe wydawnictwo.

- Olaboga!- wrzasnęła dwudziestopięciolatka, rozlewając tym samym swoją ukochaną kawę- Clarissa! Opanuj się, przez Ciebie rozlałam!- zezłościła się.

- Amanda, nie uwierzysz, co się stało!- nadal krzyczałam przejęta, nie zważając na słowa koleżanki.

- Clar, uspokój się najpierw!- interweniowała dziewczyna- Wdech, wydech, wdech, wydech- uspokajała mnie- No, a teraz na spokojnie usiądź i mi wszystko opowiedz...



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam serdecznie!
Za nami już trzeci rozdział, który mam nadzieję przypadł Wam do gustu. Tak wiem, wiem jeszcze mało się dzieje, ale dajcie mi proszę szansę, a postaram się Was zaskoczyć. :) Bardzo dziękuję za ostanie opinie i liczę na to, że z każdym dniem będzie ich coraz więcej.
Na dzisiaj to wszystko z mojej strony. Widzimy się za tydzień w weekend.
Pozdrawiam,

K@te :)

wtorek, 21 kwietnia 2015

Prolog

Noc.
Pod błyszczącym od gwiazd niebem rozłożyło się już uśpione miasto.
Złote punkciki na granatowym sklepieniu subtelnie mieniły się od blasku księżyca, jakby przemawiając do ludzi, którzy zmęczeni swoimi codziennymi dążeniami, niczego nie świadomi zasnęli niewinnie we własnych domach. Dla nich aktywna części dnia rychle się zakończyła, lecz dla innych życie dopiero zaczynało się o zmroku...
Kiedy na horyzoncie rozciągnęła się już jasna, świetlista wstęga, rzucająca blask na znajdujące się poniżej nocne lokale, z łatwością można było dostrzec małe sylwetki tańczących i lekko wstawionych, słabych, bezbronnych istot, jakimi byli ludzie. Ogromna, żółta latarnia oświetlała tę część miasta, która wciąż tętniła nocnym życiem, dzieląc tym samym Montown na dwa kompletnie różne od siebie obszary. Ciepły, górzysty, wyżynny, śródziemnomorski krajobraz, na który składały się drzewa cyprysowe, winorośle, gaje oliwne oraz różnorodna, stepowa roślinność na wzgórzach urozmaicała tą część wyspy, nadając jej ciekawy folklor i mnogą liczbę zabytków. Mimo wieczoru wiecznie upalny klimat pozwalał na chwilę się rozluźnić i wciągnąć w wir zabawy, wprowadzając ludność w błogi i beztroski stan, tym samym, usypiając ich czujność, co sprzyjało wieczornym łowom. Na tarasie przy jednej z nocnych restauracji znajdowali się zaprawieni już trzecim kieliszkiem mocnego trunku, ledwo trzymający pion tancerze i tancerki, którzy przez swój brak umiaru stawali się łatwymi ofiarami tutejszych demonów nocy.
Światło bijące z wnętrza knajpy padało także na spacerującą po chodniku parę zakochanych, zatraconych w tak mocnym, miłosnym uścisku, że nim by się spostrzegli byliby już na wieczność razem po tamtej stronie życia kompletnie wyssani z ostatniej kropli krwi. Najdalsze pasmo światła padało również na fasadę i o dziwo, jak na ten czas pusty, wyludniony bruk ulicy, który nabierał przez to różowo-fioletowego połysku. Ciemnoniebieskie, fioletowe szczyty domów w blasku księżyca wyglądały niczym niknąca w oddali droga pod błękitnym niebem usianym gwiazdami, tworząc nocne malowidło bez czerni, tylko z pięknym błękitem i głośną muzyką w tle... Często, będąc jeszcze w tamtym wcieleniu bezbronnej, kruchej istoty wspinałem się na jedno z pobliskich wzgórz pochłoniętych ciemnymi konturami, jakby dla podkreślenia, że nie należą one już do sfery ziemskiej i malowałem mroczny krajobraz Wysp Kanaryjskich. Wydawało mi się wtedy, że patrząc na nocną panoramę tego niewyróżniającego się niczym szczególnym miasta jest ona jeszcze bardziej bogatsza w kolory niż w dzień. Ubarwiona najintensywniejszymi fioletami, błękitami i zieleniami. 
Niektóre gwiazdy były bardziej cytrynowe, inne miały odcień różowy, zielony i błękitny niczym niezapominajki, lecz teraz wszystko nieodwracalnie
się już zmieniło nawet postrzegany przeze mnie świat... na wieczność. Teraz, nie ma zamieszania, śpiewów, tańców, krzyków, szeptów, rozmów. Cisza. Tylko echo spokojnych, samotnych kroków odbijających się o wyblakłe mury i ta przyjemna, pobudzająca wszystkie zmysły melodia biegnącej razem z żyłą szyjną, jednostajnie akompaniująca, ciepła, pulsująca, jaskrawa linia wypełniona apetyczną, rozkoszną cieczą zwaną krwią. Powszechny rarytas dla mojego gatunku, duszy, stanu i umysłu. Dla mnie w ciemnościach nie było już podziału na niebo i ziemię istniała tylko niezaspokojona żądza zmysłu, doprowadzająca na skraj bólu, nic nie było tak silne, jak głód krwi. Po zmroku każdy nerw w moim ciele był wyczulony na najcichszy szmer w trawie i miarowe bicie serca napotkanej ofiary. Oczy niebezpiecznie się zwężały, przyjmując niezwykle wyostrzony, czerwony, hipnotyzujący, drapieżny kolor, przyciągając tym samym zaciekawioną istotę wprost do jamy bestii, którą nieodwracalnie byłem już od ponad trzystu pięćdziesięciu czterech lat. Zostałem przemieniony w bezuczuciową, wiecznie młodą, silną, zwinną, maszynę do zabijania i musiałem się z tym pogodzić... byłem wampirem!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam!
Chciałabym serdecznie powitać czytelników mojego bloga. Na początku chciałbym Wam przedstawić prolog, aby przybliżyć Wam troszeczkę tematykę bloga. Mam nadzieję, że przypadnie ona Wam do gustu i będziecie moimi częstymi gośćmi.
Nie ukrywam, że byłoby mi niezmiernie miło, przeczytać Wasze opinie, co do bloga, dzięki czemu mogłabym się przekonać, czy kontynuować to opowiadanie.
Na dzień dzisiejszy się z Wami żegnam, lecz mam nadzieję, że nie na długo, :) pozostawiając Waszej ocenie moją historię.
Pozdrawiam i życzę słonecznego weekendu,
K@te :)